projekt junior

od koncepcji, poprzez kreację, aż po implementację, est. 2009.

jak zepsułam nasze szczęście, czyli Mistrzunio wchodzi na ring

są wakacje. po drodze Braciszek ujawnia swą osobowość i zmienia imię na Mistrzunio,
a niepozorna karteczka trafia także do rąk szefowej oddziału noworodkowego
dużego, klinicznego szpitala.
na prywatnej wizycie prosimy o skierowanie na kolejne badania. oczywiście prywatne.

– nie, nie. nie zlecam dalszych badań, przecież dziecko pogodne,
uśmiechnięte, zadowolone.
– to jeszcze nic nie znaczy, pacjent do obserwacji.
– co się pani stresuje, przecież widać na oko, że dzieciak zdrowy.
– proszę nie panikować, to na pewno nic takiego. takie rzeczy się prawie nie zdarzają.

nie jestem lekarzem. nie jestem specjalistą.
jestem tylko matką.
i upieram się zburzyć nasze rodzinne szczęście.

z tą cholerną, niepozorną karteczką w dłoni chwytam telefon.
przez dłuższą chwilę obracam go w milczeniu.
biorę wdech i zanurzam się, freediving do dna.
dzwonię do szpitala, na widok którego robi mi się duszno, a serce rwie się galopem.
– …dzień dobry, dodzwoniliście się państwo do Centrum Zdrowia Dziecka.

rozmowa z lekarzem jest krótka i rzeczowa.
wartka wymiana informacji.
bez sentymentów i czułych słówek.
ping – pong. ping – pong.
podejrzenie – rokowanie.
objawy – nasilenie.
laboratorium – zakres referencyjny.
jeden – zero dla upartej matki.

– do poradni mam termin dopiero za dwa miesiące.
to dla was o wiele za długo.
nie możecie tyle czekać. szykujcie dokumenty.
zapraszam na oddział.

ubieram więc Mistrzunia w najpiękniejszą koszulinę, pakuję torby
i bezgłośnie wyjąc z żalu zamykam za nami drzwi.

* * *

na Izbie Przyjęć sześcioletni może chłopczyk płacze cichutko i ciągle,
jak ściszona syrena we mgle.
kiedy pochylić się bliżej ku spazmującym pleckom, słychać buczące:
ja nie chceeeeę!
tato, proszę cię! ja nie chceeeeę!
będę już grzeczny, obiecuję! ale ja nie chcę znów tu być!!!

marzyłam o tym, by nas przyjęto, a teraz nie chcę zrobić kroku naprzód.

na oddziale pani doktor mówi cicho: nareszcie. czekaliśmy na was.
zrobimy dla niego wszystko. wszystko, proszę pani.

* * *

wkłucie. krew. krzyk. pani stąd wyjdzie.
konsultacja. specjalista. specjalista. specjalista.
niepozorna karteczka kserowana jest milion razy.
kolejne wkłucia, zastrzyki, kable, czujniki
i krzyki przerażonego chłopczyka.
– cholera, brakuje już kończyn temu dziecku. gdzie dać wejście?
– no nie mam go już jak zakłuć, pani odwróci głowę.
– teraz punkcja, pani stąd wyjdzie, bo matki to mdleją.

tu już nie muszę żebrać o żadne badania.
Mistrzunio przechodzi ich tysiące.
ja tylko podpisuję zgodę za zgodą
i ufnymi oczami wodzę za drobną kobietą
uzbrojoną w najmniejszy stetoskop świata.
bada nim noworodki.
niektóre ważą tyle, co paczka cukru, ale wyciskają z matek ścieżki łez.

– proszę wyjść. proszę wejść.
mam dla pani wiadomość. proszę usiąść.
udało się zdobyć wyniki, nieoficjalnie, zanim będzie pieczątka,
nie mamy czasu, czy pani się zgadza?
pani się musi zgodzić!

no przecież, zgadzam się.
wypycham Mistrzunia na ring.
co to za waga, w której biorą udział trzytygodniowe noworodki?

sama też jestem bojowo nastawiona.
aż do chwili, gdy do sali wpada ze świstem znajoma pani doktor.
– zobaczyłam wasze nazwisko na obchodzie.
nic nie mów, wszystko wiem.
i przytula mnie do siebie bardzo, bardzo mocno.

wtedy, w jej uścisku, uzmysławiam sobie całą grozę.
mam ochotę wziąć Mistrzunia na ręce i zbiec z nim po schodach.
myślę o pani ordynator, która odmówiła badań.
gdybym jej posłuchała, spacerowałabym sobie teraz z synkiem po parku.
a może nawet wyjechalibyśmy na wakacje,
przekreślając jakiekolwiek szanse na przyszłość?

tej nocy śpię pod drzwiami zasikanej i zakrwawionej szpitalnej łazienki.
obok mnie leży ciasno ułożonych
jedenaście czy dwanaście innych kobiet.
wszystkie mamy wystające brzuchy.
rodziłyśmy ledwie kilka dni czy tygodni temu.

teraz, w oczekiwaniu na kolejne karmienia,
usypiamy zmęczone własnym szlochem.
w tle co chwila wyje kolejna karetka.
do snu kołysze nas pikanie pulsoksymetrów
przyczepionych plastrem do maleńkich nóżek naszych dzieci.

u2

9 comments on “jak zepsułam nasze szczęście, czyli Mistrzunio wchodzi na ring

  1. Pingback: mane, tekel, fares czyli ważenie losów Mistrzunia | projekt junior

  2. Izabela
    28/10/2014

    Dajcie znać co u Was? Siły i zdrowia!!!!

  3. mamax2
    22/10/2014

    No, i dlatego nie chcę kolejnych dzieci – nie chce się już o nikogo wiecej bać, leżeć z 1 w szpitalu, kiedy w domu czeka drugie a rozdwoić sie nie mogę… że też mój T tego nie rozumie, to rozumie tylko matka. Życzę Wam zdrówka. Nigdy i niczego człowiek się tak nie boi jak boi się o swoje dzieci.

  4. projekt junior
    16/10/2014

    bardzo dziękujemy – bardzo nam tego trzeba!
    Mistrzunio jest waleczny, choć nie ma forów w tej walce!

  5. Marek
    14/10/2014

    zdrowia, duuuuuzo zdrowia

  6. basia
    13/10/2014

    bądź zdrowy Mistrzuniu! w domu czeka Junior i tyle przygód przed Tobą!

  7. ja
    13/10/2014

    😦 Wszystkiego dobrego

  8. Frankowa_mama
    13/10/2014

    Bądźcie zdrowi. Bądźcie.

  9. Zuzanka
    13/10/2014

    Życzę Wam dobrych wyników. Najlepszych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 12/10/2014 by in Uncategorized and tagged , , , , , , , , .

stare.

fanklub

na fejsie

%d bloggers like this: