projekt junior

od koncepcji, poprzez kreację, aż po implementację, est. 2009.

ręce profesora, czyli takiego pięknego syna urodziłam

macierzyństwo i ojcierzyństwo zawsze było dla nas i cudne, i cudowne,
choć od początku bardzo trudne. za to pełne cudów na Dzidkowej drodze.

od lat zmagamy się z perspektywą kolejnego tuningu Juniora
w „szpitalu z sercem na drzwiach”, jak nazywa on sam Centrum Zdrowia Dziecka.
konsultujemy się z kilkoma doktorami, z których każdy mówi co innego.
– operować, natychmiast.
– operować, zanim pójdzie do szkoły.
– operować, ale później, może medycyna coś do tego czasu wymyśli.
– nie operować, dać spokój.
– nie wiem, nie znam się, nie mam pojęcia.
– nie ma literatury. nikt wam nie powie.

poszliśmy więc do profesora, który kiedyś własnoręcznie naprawił nam Dzidka.
czy go jeszcze pamięta? nie sądzę.
o profesorze mówi się, że nie wie nawet,
jakiej płci jest operowane właśnie dziecko.

inaczej niż jego kolega z zespołu, który na widok Dzidka zawołał kiedyś:
o, to mój pacjent! mój pacjent, który umierał mi każdego dnia.

dla profesora liczy się wynik. zerojedynkowo.
na szczęście, bardzo często jeden : zero dla profesora,
jeden : zero dla dziecka.

profesor jest całkiem już stary, jak to prawdziwy profesor.
a jednak wygląda jak chłopiec, który tylko nagle posiwiał
i przypadkowo ma wesołe zmarszczki.
sprężysty, bystry, rezolutny.
jakby zmieniło mu się ciało, a on sam nadal miałby 10 lat.

profesor długo myśli, patrzy na Dzidka znad okularów,
mówi spokojnie i powoli, ważąc każde słowo, jakby wiedział,
że potem w domu będziemy analizować je po tysiąckroć.

można zrobić to i to. można opracować.
można przeszczepić. można pobrać to z tego.
można tu zabrać, tu wkleić.
można użyć sztucznych zamienników.
ja zużywam je na kilogramy.
proszę państwa, ja mogę zrobić wszystko.
czy to pomoże? może.
czy to zaszkodzi? być może.
będzie cierpienie, to na pewno.

– bo my chcemy mu pomóc, nie chcemy zaszkodzić.
czy mamy się podjąć…?
– ja operacji się podejmę.
ale państwo niech nie podejmują ryzyka.
nie pakujcie się w to, proszę.
to będzie zamach na wasze dziecko.
a takiego pięknego syna macie.

„takiego pięknego syna urodziłam”.

patrzę na ręce starego profesora, które już raz nam Dzidka uratowały.
a był to piątek po południu, lekarze właśnie wychodzili do domu.
codziennie myślę o tym, co by było,
gdyby on też wyszedł wtedy punktualnie z oddziału.
na jego rękach nie ma ani jednej zmarszczki.
bez ani jednego włoska – zrywają się pewnie przy ściąganiu lateksowych rękawic,
sto razy dziennie.
paznokcie króciutkie, zaokrąglone, bez skazy.
niespotykane u mężczyzny.
silne męskie dłonie, ale jak z wosku,
idealnie gładkie, wypielęgnowane, wypieszczone.
młode ręce przyczepione do ciała starszego pana.

– no, więc ja bym nie robił. zapomnijcie o mnie, zapomnijcie o sprawie.
gładka, pracowita ręka głaszcze Dzidka po czuprynie, do widzenia, chłopczyku!

oto właśnie z barków zdjęto nam ciężar, który nieśliśmy przed 4 lata,
4 lata i dwa dni od tamtego koszmarnego popołudnia.
zalewa mnie fala ulgi.
nie wdzięczności, nie radości,
fizycznej wręcz ulgi.

tego wieczora cała nasza trójka zasypia błyskawicznie i śpi bardzo mocno.
dwanaście godzin, non stop, jak po maratonie.

bo na moje pytanie: czy i kiedy mamy się jeszcze pokazać,
profesor odpowiedział bez cienia wątpliwości: już nigdy.

Obrazek

4 comments on “ręce profesora, czyli takiego pięknego syna urodziłam

  1. Gosia
    17/04/2014

    :))

  2. Anonim
    16/04/2014

    oooo, chlip🙂

  3. wiosnowska
    16/04/2014

  4. malamester
    16/04/2014

    bardzo bardzo się cieszymy Waszym szczęściem🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

stare.

fanklub

na fejsie

%d bloggers like this: