projekt junior

od koncepcji, poprzez kreację, aż po implementację, est. 2009.

bielszy odcień bieli, czyli akcja trzewia i esencja macierzyństwa w płynie

patrzę na syna, blady jakiś. pewnie znów zabalował w jakiejś knajpie. odeśpi jutro.

odespał, ale bledszy jeszcze jakby, z domieszką zieleni nawet. może struł się – zarządzam obserwację delikwenta przez 24h, jak na przeszpiegach.

kolejnego dnia patrzę znów na syna, wygląda jak z reklamy korektora do cieni pod oczami, w wersji „przed użyciem”.

a gdy podchodzi do mnie z podkówką, kładzie swą udręczoną głowę na moim ramieniu, pierwszy raz w życiu chyba – swoim i moim – obejmując moją szyję i wzdycha z głębi brzucha, wiem już, że wychodzimy z domu. natychmiast.

*    *    *

jedziemy na cito. parking przed przychodnią został zlikwidowany, trwa kopanie w ziemi.  w promieniu stu metrów nie można zaparkować nawet wrotek, nie ma ani centymetra miejsca. podjeżdżam do wartownika na budowie.

– panie, gdzie tu można zaparkować?

– najbliżej to w Krakowie chyba, nie wiem. widzi pani, miejsca nie ma.

– ale ja z Juniorem, do lekarza.

– pani, to niech pani na niepełnosprawnych zaparkuje, jak pani lekarza potrzebuje.

– nie będę, no co pan? indziej gdzie nie można?

– na pewno do lekarza pani idzie? nie wypuszcza mnie pani?

– no widzi pan, dziecko mam, to gdzie tu na zakupy?

– stawia pani auto na wjeździe na budowę, ja tu przypilnuję, żeby nikt pani nie ruszył.
walec już dziś nie pojedzie, ja tu was przechowam, a pani leci.

leci.

biorę Dzidka pod pachę i lecę z nim na złamanie karku. 14 kilo plus opakowanie, 100 metrów, oes. Dzidek drze się wniebogłosy, okolica taka piękna, sam by se poszedł, a tu matka uprowadza, przemoc stosuje, porywa. on się drze, ja ryczę z bezsilności i wysiłku, grzywka spada mi na oczy, nic nie widzę, ale nie mam jak odgarnąć, Dzidka trzymam oburącz, bo wierzga, to sobie grzywki nie wystylizuję przecież. to dmucham, może się sama odgarnie. oglądają się za nami: on ryczy i szarpie się za włosy, ona go niesie, ryczy i podmuchuje co krok. dajcie spokój, przecież ja tu doznaję cudu macierzyństwa!

Dzidek na widok lekarki doznaje spazmów. próbujemy go zdekoncentrować i proponujemy inwentaryzację magazynu. Junior otwiera szuflady z wenflonami, pojemnikami i strzykawkami. sprawdza, czy są nietrzaskające, jak w Ikei.

nie są.

pani doktor będzie badać.

– halo, halo! robimy halo, halo! – szczebioce dotykając stetoskopem Dzidkowego brzucha.

Dzidek patrzy skonsternowany – wykształcona taka niby, a przez brzuch chce dzwonić. zabiera słuchawkę znad pępka i instaluje jak bluetootha, przy uchu.

– aaaalo!

pani doktor bada, ale Dzidkowe wkurzenie jest już maksymalne.

– nie bój się synu, to przecież nie boli.

– niech pani nie używa w ogóle takich słów. dziecko nie rozumie, że „nie boli”, rozumie tylko „boli”. i potem mu się będzie lekarz źle kojarzyć.

pani doktor zatroskana jest, zleca milion badań na brzuch i to, co w nim siedzi.

– to pewnie infekcja dróg moczowych, albo zapalenie płuc. trzeba czekać.

biorę plik papierów, umęczonego Dzidka, niosę go do auta, pan wartownik osobiście pilnuje. „strażnicy miejscy byli, czepiać się chcieli, ale powiedziałem, że matka z dzieckiem, do doktora, to co, ludzie to ludzie, no nie?”

następnego dnia Dzidek mimo leków wpada w bielszy odcień bieli, popłakuje, skuczy, jęczy. akcja brzuch się rozkręca.

jedziemy do innej przychodni, ja tak jak stoję, bez makijażu, z nieumytą głową, w jeansach, które przed sekundą na mnie pękły, bez śniadania i bez dokumentów. na badaniach spędzamy 3,5 godziny.

na widok pani doktor w białym kitlu Dzidek znów dostaje spazmów. uspokaja się dopiero włączając wszystkie funkcje w wadze elektronicznej. włącza, wyłącza, przestraja, bije sobie brawo, że zresetował. pani doktor go całkowicie ignoruje, przez co Dzidek zapomina się bać i wreszcie można porozmawiać.

– to nie jest infekcja dróg moczowych. ani zapalenie płuc. to brzuch jest. sprawdzimy, co dokładnie.

Dzidek ląduje m.in. na USG. śmieje się, kiedy pięcioma różnymi głowicami lekarka jeździ mu po brzuchu. patrzy zafrapowany w czarno-biały ekran i migające na nim jego własne flaki. wycisza się, uspokaja, pełna hipnoza.

– dziecko, leż spokojnie, o tak, wyobraź sobie, że jesteś w ciąży i w uniesieniu poddajesz się badaniu. o tak.

w punkcie pobrań Dzidek zachowuje się wzorowo, tzn. tak, jak powinno się zachowywać małe dziecko na jego miejscu. od progu macha rękami, nogami, broni się, Rejtanem rzuca, wygraża, ryczy, bluzga, wpada w bezdech, wyślizguje się z 4 par rąk, które próbują go spacyfikować i znaleźć żyłę. doznaję cudu macierzyństwa kolejny raz, kolejną godzinę, kolejny upiorny dzień.

– badania są na cito, będziemy dzwonić, teraz niech pani leci po antybiotyk i do domu, odpoczywajcie.

idziemy do apteki. przysypiający z umordowania Junior na widok pań w białych kitlach budzi się natychmiast i próbuje wyskoczyć z wózka.

po drodze do domu kupuję mięso z kością, dużo, tyle ile Dzidek waży prawie i przyprawy. taki przebłysk instynktu macierzyńskiego.

wieczorem dzwoni numer zastrzeżony.

– halo, tu pediatra. są wyniki.

– …

– halo, jest pani?

– tak, tak, przepraszam, ale nie oddycham.

– spokojnie, nie ma nic, nic nie znaleźliśmy, nic takiego. bierzcie dalej leki i śpijcie spokojnie. dużo odpoczywać proszę, będzie dobrze.

patrzę na syna. zaryczany, pokłuty, umęczon pod ponckim Piłatem.

a poliki ma różowe, cerę promienną, oczy błyszczące i wesołe. śmieje się, bestia, do sił wraca.

a przed nim na stole dymią talerze z kolejną już dokładką. z prawdziwym, tłustym, aromatycznym rosołem. instynktem macierzyńskim w płynie.

wtorek, 10 stycznia 2012, czula_b
Komentarze
Gość: dana_meadbh, host103-grc.spray.net.pl
2012/01/11 06:55:32
Rosołek mamusi najlepszy na wszystko. Życzę zdrowia i pozdrawiam.
2012/01/11 15:11:23
Rewelacja!!! Świetnie piszesz, świetne zdjęcia załączasz, z przyjemnością, choć przejęciem „Was” czytamy! A Juniorowi życzymy dużo zdrówka! Odpoczywajcie🙂
Gość: NŻ Z, 31-178-13-153.home.aster.pl
2012/01/11 22:27:15
Ja zawału z Wami dostanę;)To nie na moje serce:)
2012/01/12 10:28:47
popłakałam się.
2012/01/12 12:55:38
Boszszsz, kochani… Czy ja moge poprosić Boginię, żeby Matce Juniora zapodała taką rzeczywistość, coby na blogu pojawiało się mniej wpisów o białych kitlach? Mogę? Pewnie – prosić to se mogę. Więc proszę. Bo wiem, co to znaczy ten oes, ten cud macierzyństwa (i ojcostwa również, tak po prawdzie), te stetoskopy i inne głowice. Trzymajta się mocno.
2012/01/12 22:47:14
@ fiona_apple – no jakoś tak kurka wychodzi, że albo kitle, albo tzw. werflony ostatnio same. a i zwracam honor, gdyż cud ojcostwa także samo jest niemiłosierny, to prawda🙂 buziaki!@ NŻ – ej no, nie wygupiaj się. forza serce i rozum! jak piloto, jak laptopoooo@ zatroskanakobieta – ale happy end jest jakby póki co, więc no worries🙂

@ Wróbelki – cieszymy się i zapraszamy!😀

@ dana_meadbh – rosół rządzi! u nas właśnie leci się warzyć kolejny 20-litrowy gar!😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 19/01/2012 by in Uncategorized and tagged , , , , , .

stare.

fanklub

na fejsie

%d bloggers like this: