projekt junior

od koncepcji, poprzez kreację, aż po implementację, est. 2009.

witajcie w tel-avivie, czyli poratowani humusem

zimny, zimny wiatr podszywa moją skórzaną kurtkę, targa Juniorowe loki i rozpina kościane guziki jego maleńkiej budrysówki. jesteśmy zziębnięci, zgnębieni, zirytowani i w ogóle wszystko co złe, to na zet.

chce nam się ciepłej, balsamicznej zupy, która nas ukoi. chce się nam pikantności, która rozgrzeje smutne trzewia. słodyczy, które nas ucieszą, nie utuczą. chce się nam dobrej atmosfery, kiedy wokół jest przenikliwie i nie za dobrze.

dlatego chronimy się w tel-avivie.

idealnie zmiksowana zupa rozlewa się czosnkiem wewnątrz naszych ciał. widzę to jak na angiografii – kolorowy kontrast dociera do najdalszych zakamarków, najdrobniejsze naczynka niosą płyn, który rozświetla cały system. jesteśmy uratowani.

potem jest tylko lepiej.

Junior zdradza trochę koszerną kuchnię na rzecz awaryjnego słoika, ale wsuwa ryż i duszoną cukinię w pomidorach. jedną ręką machinalnie wiosłuję gerberową potrawkę do buzi dziecka, drugą ręką idealnie doprawiony humus do swoje buzi. gerber Junior, humus ja, gerber Junior, humus Junior, gerber ja… fuuuuu!

czarno-biała dominanta wnętrza frapuje Juniora, który choć nie jest już niemowlakiem, bardzo elegancko i ochoczo odnosi się do tej kombinacji.

porzuca pitę pełną fasolowej pasty i leci do baru, zwabiony kontrastowym wystrojem. lustruję podłogę. gładzi ją palcem, palec oblizuje, wraca i ładuje do humusu. po humusie zjada słodkiego buraka, który razem z ananasem (!) towarzyszy śledziowi – zaostrzonym tą sałatką apetytem celuje w pastę z grillowanego bakłażana, którą wyciera trochę pitą, a trochę rękawem mojej jego ukochanej bluzy.

jem tabouleh, którą Junior wzgardził i czuję, jak wracają mi siły. Jak witaminy rozpełzają się po mnie ludzikami z „było sobie życie” i odbudowują, cegiełka po cegiełce. Junior sięga po karty do gry ze sprośnymi obrazkami, stawia pasjansa a może tarota, tego nie wie nikt. wszyscy pogrążeni w swoich sałatkach, kawach, mezzach.

czas na deser, zapiekane z rodzynkami i kruszonką jabłka wyglądają bardzo bezpretensjonalnie, nieszałowo, zwyczajnie. Junior na ich widok odwraca twarz. synu, nie sądź po pozorach! oblizuję widelczyk pełen deseru, teatralnie przewracam oczami, mruczę. Junior dopada do stolika, nogami przebiera, paluchu w talerz wkłada. przełamał swoje uprzedzenia. wiosłuje jabłka nie na widelczyki, ale na kwintale, a ja kiwam głową z uznaniem, bo oto zapewniam dziecku dzienną porcję owoców, a sobie dzienną porcję słodyczy, jedną z pięciu, więc oboje jesteśmy wygrani.

Junior zaczyna się nudzić i łazić po całej knajpie. nie sięga do menu, więc się frustruje, tym bardziej, że nie umie czytać.

naprzeciwko pobojowiska, jakie mamy na stoliku wokół siebie, siedzi młody mężczyzna. przysięgłabym, że to Olivier Martinez, ale jednak nie, jednak mówi po polsku.

czyta, popija kawę, oddycha spokojem.

Junior nie dostrzega okładki z tej odległości, ładuje się Martinezowi na kanapę, jakby chciał zapytać, czy są obrazki.

– Dzidku, złaź, przestań. przepraszam pana.

– a niech tam, niech się bawi przecież.

a gdy chwilę później Junior fika kozła, Martinez odruchowo startuje się ze swojej kanapy, żeby go podnieść. patrzę, jak Dzidek bezkrwawo ląduje na podłodze, a filiżanka espresso i szklanka wody podskakują na 10 cm w górę, gdy mężczyzna rzuca się, żeby go ratować i trąca stolik z naczyniami.

i filiżanka, i Junior cali.

zbieramy się. podchodzi do nas szefowa Tel-Avivu, pochyla się nad Juniorem, powiedz cześć, chłopczyku, przybij piątkę.

Juniora onieśmielają jej oczy, wsadza zaciśniętą pięść do buzi, nie mówi nic. kobieta otwiera słoik pełen ciastek. Junior ma maniery, nie bierze. poczęstuj się, mówi i robi otwierający gest. Junior nie ma już oporów. sięga do słoika, jakie to archetypiczne, mały chłopczyk przed słojem pełnym słodyczy.

wychodzimy naprawieni, zadowoleni, spokojni. to nie jest wcale nasze ulubione miejsce w Warszawie, ba, nawet przy Poznańskiej mamy ulubieńsze. to nie jest miejsce specjalnie przyjazne dzieciom, afiszujące się z otwartością na młode mamy i ich przychówek. ale miejsce, w którym klienci podniosą ci upadłe dziecko z podłogi, barman poda młodemu bajerancką słomkę, zupa nie poparzy dziecku brody, a smaki naprawią żywota na resztę dnia.

kontrastowe menu, goście, śledziowa sałatka i podłoga.

nawet ciastko, które dostał Junior było trochę słodkie.

ale jednak trochę słone.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 06/01/2012 by in Uncategorized.

stare.

fanklub

na fejsie

%d bloggers like this: