projekt junior

od koncepcji, poprzez kreację, aż po implementację, est. 2009.

wścieklizna u logopedy, czyli pożegnanie ze smoczkiem

nowy blog, to i etap nowy. bez najważniejszego atrybutu niemowlęctwa.

*   *   *

wizyta u logopedy. jeszcze nigdy, nigdy w życiu nie widziałam, żeby komuś tak szybko i gwałtownie zmieniał się wyraz twarzy. jak w horrorze. albo w eksperymencie doktora Tronicka, który unaocznił mi, jak bardzo moje emocje wpływają na Dzidka.

pani logopeda patrzy teraz na Dzidka surowym wzrokiem, stawia przed nim koszyk z zabawkami. mówi głośno i wyraźnie, umalowane tłustą szminką wargi obnażają równe, ostre zęby. to ta sama pani, która każe mówić do dziecka „jak do Murzyna„.

– Juniorze, wyciągnij proszę pieska. gdzie jest piesek?! piesek gdzie?! PJJJEEESEK! PJESSSSEK!- syczy pani z wielkim uśmiechem, tak się śmieje, że aż łezki jej się w oku kręcą.

Junior patrzy na panią dziwnie, że jak to ona nie wie, gdzie jest piesek, przecież jak wół leży, wystarczy sięgnąć, o.

– pjjjesek gdzie? Daj mi pppppieska! – uśmiecha się szeroko pani, jako profesjonalistka akcentując każdą jedną głoskę. w tej samej sekundzie odwraca do mnie głowę, a jej twarz tężeje. kąciki opadają, brwi też, cała twarz grawituje ku powadze i surowości.

– dziecko nie rozumie poleceń! w tym wieku, a nie rozumie! pieska nie widzi!

– widzi, widzi, wszystko rozumie, po prostu dziwi się, że pani nie wie, gdzie jest pies, a on tu leży, pod nosem, o, nie można go nie zauważyć.

– pjjjjesek, gdzie jest pjjjjesek? – syczy znów pani do Dzidka, z uśmiechem pełnym obłędnego błysku zębów.

junior wzdycha i podaje jej pluszowego psa. no dobra, niech jej będzie! i natychmiast zaczyna ujadać. hau, hau, hau! hau, hau, hau!

– dobrze, a teraz podaj mi misia. miiiisia!

– hau, hau, hau!

– miiiiiisia. Gdzie jest mmmmmmiiiiiiiś?!

– hau, hau, hau! – na tym etapie Dzidek jest już bardzo rozbawiony i szczeka aż do bezdechu. bosz, może on ma wściekliznę?

– misia pokaż! miiiiiiś!miiiiiś! Gdzie! jest! miiiiś?! – woła pani, zupełnie jak w wakacje wołali ci inni na Krakowskim Przedmieściu (gdzie! jest! krzyż? gdzie! jest! krzyż?)

– mimi? mimi! mimi! – woła rozradowany Dzidek i wymierza miśkowi siarczysty policzek.

– przejawy agresji. no cóż. – pani znów ma twarz żandarma na ciężkiej służbie. ułamek sekundy później posyła Dzidkowi szeroki uśmiech i wdzięczymy się obie, prosząc dziecko o kolejne zabawki. dzidek patrzy na nas jak na idiotki i podaje, choć to naprawdę żenujące, żeby małe dziecko obsługiwało dwie dorosłe baby.

– a lala? gdzie lala? daj mi lalę! lala!!!

Dzidek patrzy na nią niepewnie. uśmiecha się Moną Lisą. nie wie, o co chodzi.

– lala! LA-LA! LA-LA!!!! – skanduje pani logopeda, usiłując skierować wzrok dziecka na gołą, biuściastą lalkę Barbie, z potarganymi włosami i pogryzioną nogą.

konsternacja.

– LA-LA! daj LA-LĘ! LA-LĘ!

martwi się Dzidek i frasuje – o co tej kobiecie chodzi? nagle syn wypala:

– hau, hau! hau, hau! – i zaczyna klepać się po udzie, bo się dowcip udał.

ale pani się nie śmieje. znów jest żandarmem.

– dziecko nie rozpoznaje zabawek. to smutne. to bardzo smutne.

ale mi nie jest smutno ani trochę. nie rozpoznaje, bo w życiu lalki nie widział. a szczególnie takiej Barbie po przejściach. zresztą, czy trzeba wymagać od faceta, żeby znał się na lalkach, jeżeli akurat nie jest Frankiem Zappą?

pani się poddaje. chowa zabawki do koszyka. Dzidek nie chce oddać piłki. misia też nie. niczego nie chce oddać. siłujemy się we troje. Dzidek przegrywa. jesteśmy umordowane i zirytowane, a Dzidek szlocha.

– a w ogóle, to pani coś powiem! – na koniec wypala logopeda.

– taaak?

– pani dziecko ma krzywy zgryz! o!

– jak to?!

– a tak to! to znaczy będzie miał, bo mu się powoli robi, to znaczy może się zrobić.
czy pani daje mu jeszcze smoczek?

– nnnnoooo…. czasem…. do snu tylko…. rzadko bardzo….

– no właśnie! – triumfuje pani – to od tego! i pewnie jeszcze mleko z butelki pija?

– nnnoooo…. czasem…. do snu tylko…. rzadko bardzo…. – mam ochotę zapaść się pod brudny dywan w gabinecie.

– no to niech mu pani nie daje. pożegnać się ze smokiem. natychmiast. kontrola za pół roku, rok. do widzenia.

i wróciliśmy do domu. i patrzyłam na Dzidka z boku, z góry, pod światło, że czemu niby krzywy ryj ma mieć. no i nie ma.

wieczorem rzuciliśmy się z M. do domowej biblioteki, przeczytaliśmy z pięć książek o pożegnaniu ze smoczkiem, w żadnej nie było nic mądrego. rzuciliśmy się do internetu i żyć się nam odechciało. zadzwoniliśmy do rodziców, spotkał nas szyderczy śmiech: no to teraz czekają was ciężkie czasy! odzwyczaić od smoczka bardzo trudno. współczucia, hehehe!

jako rodzice partyzantcy, nie namyślając się zbyt długo, chwyciliśmy za nożyczki i obcięliśmy gumową część smoczka. Dzidek dostał do pyska wyłącznie plastikową nasadkę, bez spokojogennego, błogosławionego gumowego instrumentarium.

podniósł wysoko brwi, wypluł smoka, obejrzał z każdej strony i pogodzony ze swym losem zamontował go sobie ponownie. potem całą noc budził się i ryczał, a my z nim. co godzina, cała rodzina, zalewała się łzami bezsilności.

ale to tylko jedna noc. następnej, Dzidek uznał, że nie zniży się do poziomu niemowlęcia i nie będzie ryczał z powodu uszkodzonego smoczka. i zasypia teraz dzielnie, jak mężczyzna.
nie grozi mi już koszmar każdej matki, że dziecko nie będzie mogło rozstać się ze smokiem do Bóg wie kiedy.

czyli w tym tygodniu jego świat poszerzył się o dwie nowe umiejętności.

umie wskazać, że długonoga, potargana blondyna z gołym biustem to „lala”. no i ukończył kurs „stress management dla zaawansowanych”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 23/11/2011 by in Uncategorized and tagged , , , , , , .

stare.

fanklub

na fejsie

%d bloggers like this: